Wydaje się, że jest pewna pula gestów uniwersalnych. Korzystamy z nich dla zaakcentowania naszych emocji albo w sytuacjach, gdy trudniej o porozumienie słowne, na przykład wobec osób mówiących innym językiem.
Okazuje się jednak, że łatwiej o jednoznaczność tych gestów, których znaczenie jest negatywne. Czyli generalnie nasze negatywne intencje łatwiej jest właściwie odczytać niż te pozytywne. Sposób, w jaki okazujemy nasze pozytywne odczucia, bywa niezłą pułapką w skutecznym porozumiewaniu się.
W okazywaniu tych negatywnych jesteśmy bardziej jednomyślni, czy po prostu bardziej ekspresyjni?
Złe intencje łatwo okazać
Powszechnie znany gest f*** **u prawdopodobnie nie zostanie pomylony z niczym innym niż dosadna intencja okazującego. Nawet jego prekursor, dobrze nam znany sygnał o swojskiej nazwie „gest Kozakiewicza” jest bez trudu rozpoznawany poza Polską, choć dziś rzadziej już stosowany.
Tymczasem o wiele częściej, zgodnie z regułami współżycia społecznego, mamy potrzebę wyrazić nasze pozytywne odczucia. Choćby na wakacjach, okazując zadowolenie z doświadczanych wrażeń, próbowanych potraw czy podziwianych widoków. Gdy dzieje się to za granicą, bywa że brakuje nam słów, aby wyrazić zachwyt czy zadowolenie. A jednocześnie, w wakacyjnym nastroju, zwykle mamy potrzebę podzielenia się dobrymi odczuciami o wiele częściej niż na co dzień. I choć mamy jak najlepsze intencje, chcemy pochwalić rozmówcę, wyrazić mu swój zachwyt kuchnią czy tradycją jego kraju, nie zawsze jest to proste, gdy pochodzimy z odmiennych kultur.
Myślisz jedno, pokazujesz drugie
Wyobraź sobie, że w trakcie wycieczki kończysz właśnie wymagający trekking na wulkaniczne wzgórze. Widoki zapierają dech w piersiach, endorfiny po wysiłku buzują w żyłach, a wszystko to w zestawieniu z wakacyjnym poczuciem wolności sprawia, że rozpiera cię euforia. Musisz wyrazić swój entuzjazm, bo inaczej wybuchniesz! Z szerokim uśmiechem wyciągasz więc dwa palce ułożone w „V”, znak zwycięstwa. Być może właśnie obraziłeś swojego lokalnego przewodnika.
Problem w tym, że tylko w naszym, europejskim kręgu kulturowym gest „Victoria” jest niewinną, radosną demonstracją entuzjazmu. Zbyt często niestety powielaną bezrefleksyjnie w mediach przez przedstawicieli show biznesu. Gest ten w Azji może zostać odebrany jako wytknięcie jego adresatowi słabości i niższej pozycji. W Ameryce Południowej interpretowany jest jako demonstracja braku szacunku, na Bliskim Wschodzie zaś stanowi symbol imperialnego Zachodu.
W dechę czy w… czarnej dziurze?
Podobnie popularny, zapożyczony zza oceanu gest „OK” w formie kółka utworzonego przez kciuk i palec wskazujący. W krajach arabskich jest to symbol obraźliwy, o podłożu seksualnym. Jego użycie w Brazylii to jak pokazanie środkowego palca. W samej Ameryce zaś jest podobno postrzegany przez mniejszości etniczne jako symbol dominacji białych.
Wydaje się, że z gestami wyrażającymi „OK”, „super”, mamy jakiś ogólny problem, bo podobna kłopotliwa niejednoznaczność wiąże się ze znakiem podniesionego w górę kciuka. Choć jego starożytne pochodzenie (Rzym) wywołuje w nas pozytywne skojarzenia („ułaskawić”), to w bliskiej kulturowo, współczesnej Grecji oraz we Włoszech gest ten odbierany jest jako obraźliwy. Podobnie w Iranie i Iraku.
To tylko kilka przykładów wieloznaczności w komunikacji niewerbalnej, z którą możemy mieć problem, obcując z przedstawicielami innych kultur – i to tylko w obrębie gestykulacji. Podobnych pułapek „porozumiewania się bez słów” można wymienić wiele. Oczywiście współczesna globalizacja, rozwinięta turystyka, łatwo dostępna wiedza na temat różnic kulturowych nieco wygładzają te ostre krawędzie komunikacyjnej przepaści między nami. Nadal jednak bywa, że nieświadomie, a nawet w dobrej wierze obrażamy kogoś, a samym sobie wystawiamy fatalne świadectwo międzykulturowych kompetencji.


